Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/310

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Jakże się ożenisz, kiedy tańczyć nie umiesz?
— Nauczę się specyalnie na wesele poloneza.
Tu wuj zaczął szeroko opowiadać o polonezie i dowiódł, że jest to taniec bardzo wspaniały i bardzo trudny. Tegoby i Springmüller nie nauczył, a Florek nie ma o czem marzyć. Potem puścił pan Inocenty wodze wspomnieniom, w czem wtórowała mu żona. Przypominali oboje różne bale, wesela, imieniny z przed lat dwudziestu, trzydziestu; popijali wino potrosze i ani się spostrzegli kiedy zegar wydzwonił drugą.
— No, czas już spać — rzekł pan Inocenty, — Zuzia już ledwie siedzi. No, no, żeby mi kto powiedział, że dziś będę tańczył, rozśmiałbym mu się w oczy.
— Ale ty, Florku, chyba już dziś do Marzyńskich nie pójdziesz?
— Naturalnie, ciociu, niesposób, taka późna godzina.
— Sabinka się obrazi.
— Nie taka ona zawzięta. Opowiem jej, żem się uczył tańczyć, wycałuję po łapkach, przeproszę. A teraz pożegnam kochanych wujostwa. Dobranoc, dobranoc Zuziu, przepraszam cię za subiekcyę. Idę spać.
Florek wyszedł.
W pół godziny później w całem mieszkaniu światło zagasło.
— Wiesz co? — odezwał się pan Inocenty do żony.
— A co?
— Zabawiliśmy się nieźle, bo niespodziewanie, ale wszystko mi się zdaje, że ten łobuz Florek wziął nas trochę na fundusz.