Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/308

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ciociu, przecież to była lekcya! Daliście mi ją państwo z dobrej woli.
— Ma racyę — odezwał się pan Inoeenty. — Daliśmy mu lekcyę i nie mamy czego żałować. Dobrym uczynkiem jest nauczyć młodego człowieka tego, co mu w życiu potrzebnem być może.
— Kiedy, niestety, proszę wuja...
— Niestety, niestety! Cóż my winni temu żeś niezdara.
— Do wszystkiego trzeba mieć talent, mój wujaszku.
— Bezwątpienia, ale trzeba też wiedzieć, że nie święci garnki lepią. Przy cierpliwości, staraniach, pracy i wprawie, możesz jeszcze z czasem tańczyć jak człowiek.
— No, tak — rzekła ciotka — ale zdaje mi się, że będziesz musiał długo się uczyć.
— Wiesz co, moja duszko — odezwał się pan Inocenty do żony — jeżeli mam powiedzieć szczerą prawdę, to jestem głodny jak pies. A ty, Róziu?
— I ja bym chętnie co zjadła... Zuziu, moje dziecko, wyjmij z szafy co potrzeba. Jest doskonały kawałek pieczeni. Tylko czy ci nie zaszkodzi na noc, mój mężu?
— Co ma zaszkodzić! Doktór mówi, że trzeba wtenczas jeść kiedy jest apetyt.
— Święta racya.
— Ma się rozumieć. Zjem kawałek pieczeni, a przedtem machnę kieliszek wódki.