Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/305

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Owszem, ten jest bardzo dobry — rzekł wuj — w samą miarę, rzewny, rozmarzający... Patrzajże, Florku i uważaj, będę tańczył solo... Raz, dwa... raz, dwa...
To mówiąc, pan Inocenty unosząc cokolwiek poły szlafroka, puścił się w pląsy...
— No cóż? — zapytał, obiegłszy kilkakrotnie salon dokoła.
— Prześlicznie! — odrzekł Florek — tylko zdaje mi się, że ten walczyk jest zapowolny...
— O znawco! znawco! Czekajże! zaraz cię przekonam. Moja Róziu, proszę cię, pokażmy temu niezdarze jak się tańczy. Niech choć raz w życiu zobaczy prawdziwego walca. Zuziu, przyśpiesz tempo, tak: raz, dwa! raz dwa! palców i pedałów nie żałuj, graj z ogniem!
Zuzia zabębniła z taką siłą, że aż w starym, wysłużonym fortepianie coś jęknęło, a wuj ująwszy ciotkę, puścił się w około...
— Uf! — zawołał, sadzając ją na krześle — to mi taniec. Jak cię kocham Róziu, zdaje mi się, żem odmłodniał. Mój Boże! przed laty, nie tak dawno, dwudziestu jeszcze niema, na imieninach pana Tyburcyusza. Ha! ha!...
— Jakże Florciu — zapytała ciotka, z trudnością chwytając powietrze — zdaje mi się że teraz już rozumiesz.
— I mnie się tak zdaje.
— A więc spróbuj... próbuj sam, solo. Nie, nie