Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/299

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


müllera na próg nie puszczono, ale też to widzisz i czasy były zupełnie inne, ani podobne do dzisiejszych...
— Oj czasy! czasy! ma się rozumieć, że inne — rzekł wuj z westchnieniem.
— Powiedz mi jednak, mój Florku — zapytała ciotka — czego cię ten szwab uczył i jak cię uczył? boć trudno uwierzyć, żeby człowieka młodego, nie kalekę, nie można było nauczyć takiej prostej rzeczy, jak taniec.
— Ano, proszę cioci, najpierw jak tylko przyszedłem, Springmüller powiedział, że jadł przed chwilę, szynkę z chrzanem i że mu się po niej strasznie chce pić, więc posłałem po trzy butelki piwa.
— Szkaradny opój!
— Potem pani Springmüllerowa zajęła miejsce przy fortepinnie i zaczęła się lekcya. Coś mi mówił o jakichś pozycyach i rozmaitych figlach, ale to wszystko była teorya. Powiedziałem mu, że teorya mi jest niepotrzebna i prosiłem, żeby przystąpił odrazu do praktyki, żeby mnie nauczył tańczyć walca.
— Słusznie, słusznie — odezwał się wuj — według mego zdania, po mazurze to jest najpiękniejszy taniec. Prawda, Róziu? Jest w nim coś rozmarzającego, coś poetycznego, coś takiego co się opowiedzieć nie da: tra lala! lala!... ale albo to wy dzisiejsi młodzi rozumiecie?...
— Więc zaczął cię uczyć walca? — spytała ciotka.
— Tak, pokazywał mi, w jaki sposób należy obejmować damę i jak manewrować nogami.