Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/297

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kazać przy sposobności co umiem, ale niestety nic z tego nie będzie...
— Chodzi ci o sposobność?! Cóż łatwiejszego! wyprawię tańcującą herbatkę naumyślnie dla ciebie, żebyś się mógł popisać. Jak cię kocham mężu, to jest myśl... Oboje jesteśmy zawsze tacy smutni i zgnębieni... ożywilibyśmy się trochę. Zuzia zagrałaby, a młodzi poskakali. Poproszę państwa Władysławów z córeczkami, Murzyńskich, a o młodzież Florek się postara...
— Zawsze tylko o balach myślisz, moja żono...
— Cóż to za bal? Kilka fantów polędwicy, wędliny i herbata, to się nazywa bal! Zresztą, o cóż ci idzie, miałbyś przytem i pulkę.
— Chyba...
— A Florek popisałby się...
— Niestety, kochana ciociu, nic z tego; przekonałem się ostatecznie, że na tem polu karyera moja skończona...
— Co też mówisz!?
— Mówię z doświadczenia, zresztą sam Springmüller przyznał, że w ciągu swojej długoletniej praktyki nie spotkał jeszcze tak mało inteligentnego człowieka, jak ja...
— No... to chyba był pijany...
— Owszem, nie trzymał się dobrze nanogach, ale wyprawiał niemożliwe skoki.
— Nie a nic nie rozumiem — odezwał się pan Inocenty.