Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/274

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ma, że tańszej i mniej uciążliwej kuracyi trudno sobie wyobrazić.
— Istotnie; więc dobrze, zamiast bigosu przyniosę ci kwaśnego mleka, właśnie mam doskonałe ze śmietaną, zimne jak lód.
— Ano, to i owszem, bo nawet jestem, co prawda, trochę głodny.
— Śpieszę, idę — rzekła pani, wyjmując kluczyki z kieszeni; jednocześnie wypadł jej jakiś papier w kilkoro złożony.
Pan Ignacy pospieszył aby go podnieść, lecz żona, szczuplejsza i zręczniejsza od niego, nie dała się uprzedzić. Podniosła pospiesznie papier i schowała go do kieszeni.
— Co to jest, Petronelciu? — zapytał zaciekawiony szlachcic — co to za liścik?
— Chyba nie posądzisz mnie o jakąś tajemną korespondencyę.
— W takim razie dlaczego mi go nie chcesz pokazać?
— Bo widzisz... No — spodziewam się, że nie będziesz mi przecie wyprawiał scen zazdrości...
— Ale jestem ciekawy...
— Żałuję, że nie mogę ciekawości twojej zaspokoić.
— Zaczynasz mnie zanadto intrygować, moja duszko, i dalibóg sam nie wiem, co mam o tem myśleć.
— Najlepiej nic, bo zresztą to jest głupstwo, bagatelka, rachunek pachciarza...
— Doskonale! Pokaż-że, bo właśnie i ja chciał-