Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/271

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


szcze u jakiego doktora! Powiadam ci pierwszy majster na całą Warszawę. Nietylko chorych uzdrawia, ale powiadają, że nawet umarłych wskrzesza; krótko mówiąc znakomitość! Opukał tak jak kazałaś, ostukał i przejrzał mnie na wylot.
— Bogu dzięki! Przywiozłeś recepty?
— Ha! ha! tobie się zdaje, że taki doktór, leczy ludzi miksturami, jak nasz miasteczkowy recepciarz...
— No, znowuż na naszego Frankiewicza nie możesz narzekać. Bądź-co-bądź trzymał cię dotąd dobrze.
— Trzymał! Wielkie rzeczy, że trzymał — ale nigdy nie wiedział, co mi jest. Tamten zaś odraza wszystko wyczytał ze mnie, jak z karty. Powiada tak: pan masz powiększenie wątroby, rozstrojenie nerwów, skłonność do reumatyzmu, trochę rozdęcia płuc, lekki katar żołądka i w ogóle rozstrój organów trawienia.
— Jezus Marya! Przerażasz mnie mężu! tyle chorób... toż ty się z nich przez dwadzieścia lat nie wyleczysz. Jestem tak zgryziona i struta tą wiadomością, że wypowiedzieć nie potrafię. Tego jeszcze tylko brakowało, żeby przy wszystkich naszych kłopotach i zmartwieniach, twoje zdrowie było narażone... Boże! Boże! miej miłosierdzie nad nami.
— Petronelciu! śmiej się z tego. Nic mi nie będzie do samej śmierci...
— Tak mówisz, żeby mnie pocieszyć.
— Ale najzupełniej na seryo mówię. Doktór warszawski powiedział, że za miesiąc będę zdrów jak ryba; za miesiąc, a najdalej za kwartał. Zobaczysz, że będę jeszcze na Zosi weselu tak mazura wywijał,