Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/269

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


bogów domowych, na łono kochającej rodziny, ażeby po niewywczasach i trudach walk, po doznanych wrażeniach i niewygodach — kosztować słodkiego a zasłużonego spoczynku...
Pan Ignacy, ile że był człowiekiem dość korpulentnym, nie bez trudu pewnego wydobył się z pomiędzy wysokich drabin wozu i odrazu wpadł w objęcia żony i dzieci.
— Mężu, Ignasiu! tatunieczku, tatuniu! — wołała pani Ignacowa i dziatwa.
Pierwsza zawisnęła na grubej, ogorzałej szyi hreczkosieja, drugie czepiały się jego rąk.
— Magda, Kaśka, Maryna! — krzyknęła pani domu na swoje służebne — poznoście ostrożnie wszystkie tłomoczki do kancelaryi pana, tylko pomalutku, żeby czego nie stłuc i nie uszkodzić. Maciek, pomóż-no im, koniska, zbiedzone z drogi, postoją. Chodź Ignalku do pokoju, zmęczony jesteś, zdrożony, posil się trochę, a potem spocznij. Pewnie całą noc nie spałeś w wagonie.
— Naturalnie, moja duszko; jechałem sobie, panie dobrodzieju, po gospodarski!, oszczędnie, trzecią klasą.
— Mój Boże! czemuż nie drugą?!
— A pamiętasz, kochanie, jak raz jechałem drugą, to powiedziałaś sama, że Wygnanka na takie zbytki nie starczy, pamiętasz?
— To co innego było, a dziś co innego; wtenczas jechałeś w dzień, teraz w nocy... Przecież nie jesteś już młodzik, mój kochany; taka niewygoda może twe-