Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/250

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wędrowców w lesie. Wiatr byt przykry, chłód przejmował do kości. Judka kulił się, pomimo że miał na sobie futro ze skór tylu rozmaitych zwierząt, Dawid się trząsł, Anszel dzwonił zębami. Mały Brumbas, pragnąc się rozgrzać, walił naprzemiany w tamburyn to jedną, to drugą pięścią, aż się echo rozlegało po lesie...
— Fe! — krzyknął Judka — co ty wyrabiasz, waryacie — czego bębnisz jak na gwałt?
— Albo to nie gwałt, takie zimno — odrzekł Chune — niech licho weźmie całe wesele, wolałbym siedzieć pod piecem i kartofle obierać...
— Cicho, cicho — odezwał się Anszel — jesteś paskudnik... Zamiast dziękować Bogu, że daje ładny zarobek... ty przeklinasz... Ty wolisz kartofel pod piecem!... Zupełnie jak moja koza — ona też woli surowy kartofel, aniżeli rubla.
— Gadajcie wy sobie — odrzekł Chuna — a ja będę bębnił. Mnie zimno jest. W co mam stukać? — przecie w wasze plecy łomotać nie wypada!
— Gałgan jeden! szajgec! — odezwał się Judka. Taki to dziś świat — takie języki łajdackie... On nam gotów jakie nieszczęście wybębnić.
Ledwie Judka skończył mówić, gdy nagle właśnie od strony Korcówki rozległy się okrzyki.
— Bywaj! bywaj... hop! hop!
— Masz bęben, ty łapserdaku... ty drewniana głowo, ty cyganie!... Coś ty nam narobił?
— No co?
— Nie słyszysz?!