Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/186

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Czasem, gdy się kilka znajomych pań zejdzie i gdy zacznę, o czasach dzisiejszych rozmawiać i nad zmianami różnemi ubolewać, pani radczyni kiwa smutnie głowę i mówi wzdychając:
— Mąż mój nieboszczyk był radcę stanu.... a córka....
Stasia się śmieje w takich razach i zapewnia matkę, że jest także radczynią i rzeczywistą nawet, gdyż rzeczywiście radzi sobie na świecie.
Pan Kazimierz już jej nie prześladuje prośbami o przebaczenie i afektów swoich nie oświadcza, bo znalazł inną, która go uszczęśliwiła sercem i pożądaną ilością gotówki.
Jest jesień, piękna złota jesień pogodna i ciepła.
W ogrodzie drzewa się gną od owoców, ciężkie grona winne wychylają się z pod liści malowniczo z sobą splątanych.
W kółku naszych znajomych jest gwarno i wesoło.
Państwo inżynierowie z dziećmi przyjechali po kilku latach rozłączenia, aby strony rodzinne zobaczyć.
Radczyni wnukami nacieszyć się nie może. Szczęśliwe one, wesołe jak ptaszęta, wszystko je bawi i zajmuje.
Babcia obdarza je pieszczotami i zabawkami.
Pani Janina zmizerniała i pobladła. Cięgle jest wzruszona i zapłakana. Pobyt w odległych stronach, a raczej tęsknota za swoimi, podkopała jej zdrowie.