Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/170

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


gów raczył się zniżyć do mnie, jakby jakiś gromowładny Jowisz z Olimpu...
— Nie żartuj sobie Stasiu, bo się naprawdę rozgniewam. Jeżeli mówię z tobą na seryo, to przynajmniej racz mnie wysłuchać. Jestem przecież twoją matką i twoją opiekunką. Mogłabym nie robić wielkich ceremonij i powiedzieć po prostu: tak chcę i tak ma być. Mam wszakże tyle wyrozumiałości, że chciałabym usłyszeć także twoje zdanie uwzględnić je o ile to będzie możliwe. Rozmawiam z tobą na seryo, a ty wszystko obracasz w żarty.
W oczach Stasi zakręciły się łzy. Nie odpowiedziała ani słowa, spuściła oczy i starała się opanować wzruszenie.
Radczyni zdobyła się na krok stanowczy i dawszy za wygranę wszelkim wstępom, przystąpiła wprost do rzeczy.
— W tych dniach ma się oświadczyć o twoją rękę pan dyrektor.
Powiedziawszy to radczyni patrzyła uważnie na córkę, w nadziei że słowa jej wywołają wrażenie... okrzyk zadziwienia, lub niechęci.
Stasia milczała.
— W tych dniach pan dyrektor ma się oświadczyć o twoją rękę — powtórzyła z naciskiem — cóż ty na to powiadasz?
— Nic — odrzekła spokojnie.
— Nic?
— A naturalnie.