Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/166

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Uważałam, że czas na to nie przyszedł.
— A dziś mateczko?
— Dziś co innego i czas nadszedł i położenie twoje się zmieniło.
— Podług mnie, w niczem.
— O nie, kochanko, zupełnie inne jest położenie biednej dziewczyny, a inne panny majętnej i posażnej.
— Posażnej — rzekła z ironią.
— Tak! Biedna czeka aż ją kto wybrać raczy, panna posażna sama wybiera. Ty właśnie jesteś w tem położeniu, że wybierać możesz i dlatego właśnie chciałam dziś z tobą pomówić.
— Ale mamo, kogóż mam wybierać, gdy nikt nie stara się o mnie?
— Chyba widzieć nie chcesz.
— Istotnie nie widzę, niech mama wymieni kto się tak o moją rękę dobija.
— Wymienię, pierwej jednak chciałabym się zapytać...
— O co, mamo?
— Powiedz mi, ale otwarcie, szczerze, czy serce twoje jest wolne?
— Mogę mamę zapewnić, że dziś ten człowiek, o którym mama myśli, jest mi zupełnie obojętny.
— Szczerze to mówisz?
— Najszczerzej, mamo.
— I po nim nikt ci się nie podobał, nikt cię bardziej nie zajął?
— Nikt a nikt, mamo.
— Więc nie kochasz nikogo?