Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/164

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Sądzę że przeciwnie, moja mamo.
— No?
— Bo tak gorliwie zajmowano się sprawami bliźnich, a zwłaszcza nieobecnych, że każdy mógł zapomnieć po co właściwie przyszedł. — Ale cóż tam, mało mnie obchodzi czy pan Fajngold zarobił wiele, czy stracił, dość że ubawiłam się jakby na jakim raucie. Brakowało tylko muzyki i deklamacyi.
— Uważam, moja Stasiu, że jesteś dzisiaj bardzo wesoła — rzekła radczyni z westchnieniem.
— Czy to mamę smuci?
— Co znowu! nie smuci mnie wcale, przeciwnie... tylko widzisz moja droga...
— Tylko co, mateczko?
— Twoja wesołość, właśnie dzisiaj to jest nawet nie dzisiaj, ale w tej mianowicie chwili, nie jest mi na rękę...
— Ah mamo! gotowa jestem zasmucić się, a nawet rozpłakać, jeżeli to mamie przyjemność sprawić może.
To rzekłszy, Stasia zarzuciła rączki na szyję radczyni i serdecznie całować ją zaczęła.
— Zawsze jesteś dziecko — rzekła wpół nadąsana a wpół rozczulona matka — dziecko! tylko dziecko!
— A czem mam być dla ciebie, droga mamo? Całe życie pragnęłabym pozostać tą samą małą Stasią.
— Moja droga, a ja właśnie chciałabym cię widzieć osobą zastanawiającą się, poważną, trzeźwo zapatrującą się na przyszłość.
Stasia zrobiła komicznie poważną minkę. Usia-