Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/162

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


W ogóle trudno jest bronić sprawy, nie mając przeświadczenia o jej słuszności.
Pani inżynierowa ze Stasią powróciły z miasta. Pierwsza udała się zaraz do dzieci, druga zarumieniona, wesoła, wbiegła do salonu i rzuciła się matce na szyję.
— Powiadam mateczce — rzekła — ubawiłyśmy się wybornie. Dawno już tak serdecznie nie śmiałam się jak dzisiaj!
— Przecież byłyście w sklepie?
— Tak, ale wypadek chciał, że znalazło się tam kilka pań znajomych. Naturalnie rozmowa, w trakcie tej znowuż przyszło kilka osób. Kupiec, kupcowa i wszyscy subiekci nie mogli wyjść z podziwu...
— No, dlaczego?
— Zdawało im się, że całe towarzystwo tutejsze... nie! źle się wyrażam moja mamo, że cała śmietanka towarzystwa tutejszego dała sobie rendez-vous w tym sklepie.
— To szczególne...
— Przypadkowo tak się złożyło. Tutejsze panie zwykle po obiedzie, w braku lepszego zajęcia, puszczają się na wędrówki po sklepach. Janinka powiada, że to się oddawna praktykuje. Chodzą, przeglądają, kupią jaką bagatelkę a najczęściej nie kupią nie i powracają do domu.
— Także dziwna przyjemność.
— Ależ jest, jest przyjemność, zaraz mateczce powiem. Wędrując po sklepach, nie mija się nidgy