Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/147

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


czas, szanowny panie, płynie jak woda i coraz to nowe fale toczą się starem korytem.
Mecenas badawczo spojrzał na twarz Czesława.
— Zapewne — rzekł — zapewne, świat idzie... śpieszy się... a w tym pośpiechu gubi co dobre, a lichotę zbiera.
— Bywa i odwrotnie, panie mecenasie — rzeki młody człowiek z uśmiechem.
— Odwrotnie? hm... może.
— Bywa panie, rzeczywiście bywa.
— Być może, że w niektórych razach tak się dzieje; ja mam swój wyrobiony już sposób widzenia rzecz.
— Ręczę, że w zasadzie zgodzilibyśmy się na jedno, pomimo różnicy w szczegółach.
— Mojem zdaniem i szczegóły ważne są.
— To zależy.
— Ważne, powtarzam że ważne, bo proszę cię, ze szczegółów ogół się składa, ale odeszliśmy od przedmiotu, od tego co cię najbardziej obchodzi.
Czesław bliżej krzesełko swoje przysunął.
— Milionerem, mój kochany, nie będziesz — rzekł stary.
— Niech mi pan wierzy, że osobiście cała ta sprawa obchodzi mnie bardzo mało. Zapewniam pana.
— No?
— Tylko ze względu na matkę i na siostrę, głównie nawet ze względu na matkę, bo siostra moja, to bardzo energiczna, pracowita dziewczyna; ta sobie da rady na świecie.
— Roześmiał się mecenas.