Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/128

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


przed niem schylają. Stasia do niedawna jeszcze biedna lokatorka skromnego mieszkanka na Ogrodowej ulicy, dziś stała się gwiazdą, ku której zwracały się wszystkie spojrzenia.
Wice-dyrektor jak mógł panował nad reumatyzmem, który go strasznie dręczył i twarz mu dokuczliwym bólem wykrzywiał; otyły akcyonaryusz opowiadał cuda o swoim synu, kształcącym się za granicą... Bo teżto i syn był osobliwy! Piękny jak Apollo, mądry, wykształcony, dowcipny, poszukiwany w towarzystwach, kolosalnie bogaty, mógłby był za granicą zrobić najświetniejszą partyę. Pewien lord angielski koniecznie chciał go mieć swoim zięciem, ale młody człowiek nie mógł przyjąć tego zaszczytu.
— A dlaczego nie mógł? — mówił akcyonaryusz do Stasi, — bo nie chciał! A dlaczego nie chciał? bo postanowił sobie, że ożeni się tylko w kraju, tylko z polką i koniecznie z warszawianką. On ma taką fanaberyę, on ma nawet przekonanie, że na całym święcie, a przecież on już zna cały świat, nie znajdzie tak miłych i pięknych kobiet jak w Warszawie. I wie pani co, on ma racyę! On się zna! to jest prawdziwy, nieodrodny mój syn! Zna się, bo i ja także się znam i gdybym ja był na jego miejscu, to słowo honoru daję! jabym zaraz potrafił zrobić taki wybór, żeby mi go cały świat powinszował.
Z radością zauważył pan Adolf, że Stasia i na panu wice-dyrektorze zrobiła wrażenie. Dygnitarz ten nadskakiwał jej, bawił opowiadaniem o odbytych podróżach, o swojem osamotnieniu w Warszawie, i bar-