Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/121

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Pani radczyni milczała.
— Zresztą — ciągnął dalej inżynier — o przymusie tu mowy niema. Ja radzę, bo uważam to sobie za obowiązek, a u mnie obowiązek przedewszystkiem. Gdyby się uparła i nie chciała, to może sobie wybrać kogo innego, prowadzę dom otwarty i przyjmuję dużo, dużo osób.
— Radziłabym odraza nie nalegać.
— Naturalnie, tego rodzaju plany należy przeprowadzać powoli. Teraz ja pójdę już spocząć. Niechże mama zachowa naszą rozmowę w tajemnicy i pozwoli mi działać.
— Stasiu! Stasiu! — zawołała pani radczyni — chodźże tu, Adolf odchodzi.
Stasia weszła. Oczy miała zaczerwienione jakby od łez.
— Cóżto moje dziecko, płakałaś? — zapytała matka.
— Zdaje się mamie.
— Widzę przecież.
— Nie, to z bólu głowy mam może oczy czerwone. Odchodzisz już Adolfie?
— Idę, spocząć muszę, gdyż jutro mam jeszcze różne rzeczy do załatwienia. Dobranoc mamie, dobranoc ci Stasiu.
Pan inżynier nie myślał wszakże spoczywać. Przyjechał do Warszawy nie po to przecież żeby spać. Na wypoczynek dość miał czasu w domu.
Jeszcze przy śniadaniu umówił się ze znajomymi, że się na kolacyę zbiorą, aby przy miłej pogawędce