Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/108

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


otworzy się cały szereg wakansów. Nawet zobaczywszy cię tu w Warszawie pomyślałem odrazu, że nie po co innego, tylko po to przyjechałeś.
— Dziwne żądanie, szanowny kolego, bardzo dziwne.
— Owszem, mojem zdaniem naturalne. Powiem ci otwarcie, że ja przynajmniej tak dalece na to liczyłem, że wczoraj chodziłem do dyrektora, aby go prosić o twoją posadę.
— Dla siebie?
— Nie, dla jednego z moich kuzynów. Powiedziałem dyrektorowi, że jeżeli zostaniesz na kolei, to tylko chyba w charakterze członka rady zarządzającej, jako akcyonaryusz. Powiedziałem, że nosiłeś się oddawna z zamiarem opuszczenia służby. Kwestya, kto obejmie twoją posadę, rozstrzygnie się na najbliższej sesyi.
Pan inżynier zaczerwienił się po same uszy.
— To jeszcze zobaczymy — rzekł, — dotychczas nie podałem się do dymissyi.
— To czcza formalność, bez której można się obejść. Dyrektor wie, że wychodzisz, i dosyć.
— Do dyabła! — zawołał pan Adolf, — kto śmie...
Dzwonek przerwał ten wykrzyknik.
— Nie irytuj się szanowny kolego... akt się zaczyna. Trzeba zobaczyć. Po skończeniu możemy jeszcze pomówić. Czekaj na nas w kontramarkarni, pójdziemy razem na kolacyę. Przecież można się porozumieć. Tobie po tej posadzie nic, a mój kuzyn, jak tylko dostanie nominacyę, będzie mógł się ożenić, a to nie bagatelka!: dwie kamienice, folwark, naturalnie po