Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/107

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


yer“, w przekonaniu, że usłyszy coś o kwestyi, która go tak dalece obchodziła.
Istotnie, zaraz zbliżyło się do niego kilku znajomych.
— Ha! jak się masz! jak się masz, panie inżynierze! — zawołał otyły jegomość, kolega z kursów, — dalibóg w czepku się urodziłeś, jak to mówią! powinszować!
— O niczem nie wiem — odrzekł pan Adolf, udając zdumienie, — nie mam pojęcia na czem moje rze kome szczęście polega.
— Nie udawaj! bardzo proszę nie udawaj. Całe miasto o tem mówi, gazety piszą, a ty nie wiesz! Czy do waszego kąta żaden głos ze świata nie dochodzi?
— Jestem tak dalece zajęty służbą, że nie zwracam uwagi na to co kto mówi.
— Służbą?! to paradne doprawdy! Więc odda jesz się służbie tak gorliwie, jakbyś miał zamiar całe życie jej poświęcić?
— Całe życie?! Nie, ale dopóki nie wysłużę całkowitej emerytury...
— Słyszycie, słyszycie! To komiczne dalibóg, ten człowiek opowiada o emeryturze. Wstydziłbyś się doprawdy, panie Adolfie.
— Czego?
— No, no, nie udawaj tylko. Przecież nie sposób, żebyś mając dziś tak olbrzymi majątek, zajmował posadę, o której marzy dziesięciu przynajmniej bardzo, a bardzo potrzebujących. Dla nas nie ulega wątpliwości, że podasz się do dymisyi. Z ustąpieniem twojem