Strona:Klemens Junosza-Wojtek Więcior.djvu/14

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Ekonomski synek obok jego żony siedział, radowali się i śmieli z głupiego chłopa, co kloce dźwiga, żeby korale kupić...
Parę słów usłyszał... dość mu było... ani słowa nie rzekł... siekierę z sani wziął — wpadł do izby... jak piorun...
Ciął prosto w gładkie czoło, między oczy czarne, co się tak śmiać umiały, takim blaskiem świeciły...
Krew bryznęła aż na pułap, zalała mu twarz, sukmanę, ręce...
Szarpnął się, cofnął i drugi raz siekierę podniósł, ale ten, dla kogo cios był przeznaczony, zdążył uciec.
Wojtek wybiegł za nim, gonił go przez pole, zapadał w śnieg głęboki, znów się zrywał i gonił, lecz uciekający był lekki i zwinny, a Wojtek ubrany jak do lasu, w grubym kożuchu, w sukmanie...
Widząc, że nie dogoni, zatrzymał się, zamachnął siekierą i rzucił ją za zbiegiem. Warknęła mu tylko koło ucha i utkwiła ostrzem w pniu wierzby, tak mocno, że ledwie później wójt z sołtysem wydobył.
Gdy w kwadrans później przyszli ludzie ze wsi, aby uwięzić mordercę, zastali go pochylonego nad korytem przy studni...
Mył ręce...
Rzucili się na niego, związali; nie stawiał najmniejszego oporu... Na zapytania wcale nie odpowiadał, a oczy miał takie, jak człowiek przebudzony nagle z głębokiego snu, nie zdający sobie sprawy z tego, gdzie jest i co się z nim dzieje.