Strona:Klemens Junosza-Pająki.pdf/224

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Galanterya też dobry interes.
— Dobry, jeżeli jest szczęście.
— To też prawda.
— Młody Pomidor nie miał szczęścia. Jednego razu, wieczorem, kazał swoim chłopcom iść precz, a sam porządkował towar; przy tej czynności potrzebna mu była świeca, lampa i trochę nafty; nafta cokolwiek się rozlała na watę, przypadkowo. On się spieszył do żony na letnie mieszkanie, zamknął skład i pojechał, ale zapomniał przedtem zagasić świecę...
— Zrobił się mały fajer?
— Jakbyście przy tem byli... Ogień był mały, ale nieszczęście duże. Straż przyleciała zaraz, zagasili ogień, znaleźli naftę i watę. Wiecie, że to dość, żeby uczciwego człowieka zgubić. Ludzie są źli; narobili plotek, powiedzieli, że młody pan Pomidor sam swoją fabrykę podpalił! Takie posądzenie!
— To się mogło bardzo brzydko skończyć.
— Ono się odrazu bardzo brzydko zaczęło! Sędzia był twardy, nie chciał słuchać o kaucyi. Kazał go zaprowadzić do aresztu. Taki młody, taki ładny chłopiec, przepadł. W pierwszej instancyi