Strona:Klemens Junosza-Pająki.pdf/203

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Mówmy o czem innem — rzekła.
— Dobrze — odrzekł.
I zaczął opowiadał jej o nowościach dnia, o wypadkach miejskich, o Bielanach, ale ciągle i uparcie plątał się mu w myśli szanowny L. B. Hapergeld i jego towarzysze.
Trzeba było wielkiego wysiłku, żeby o żadnego z nich nie zawadzić w rozmownie.
I oni też często o panu Karolu myśleli; on bywał często także przedmiotem ich rozmowy i w domach i na ulicy i na czarnej giełdzie przed Bankiem.
Dziadzio Gancpomader wspominał często o nim w rozmowie z nowym swym zięciem, panem Szymonem Karawanerem, którego dziadzio polubił z powodu wielkich zdolności do handlu i z powodu dobrego oka.
— Uważam — mówił kiedyś pan Karawaner — że ojciec ma słabość do tego człowieka.
— Dlaczego nie? Mój wnuczek ma z niego ładny kawałek grosza. On dobry klient jest, sam przyznaj.
— Ja się na takich nie znam, to nie mój człowiek. Ojciec mówi, że on dobry, to pewnie musi