Strona:Klemens Junosza-Nasi żydzi.djvu/99

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dom przy domu stoi w zwartym szeregu — więc, rzecz prosta, że cała mieścina idzie z dymem i kilkaset rodzin pozostaje bez dachu.
Pytanie: dlaczego wśród zimy nie bywa podobnych wypadków? Przecież śnieg nie leży na dachach od jesieni aż do wiosny, a bywają też zimy prawie całkiem bezśnieżne. Prawdopodobieństwo pożarów z nieostrożności, lub w skutek wadliwej budowy kominów, w zimie jest znacznie większe aniżeli w lecie, dlatego, że zimową porą zużytkowywa się więcej opału; dlaczegóż więc zima nie daje takiego materyału do kroniki wypadków ogniowych?
Odpowiedź łatwa. Oto dlatego, że w zimie „biedni pogorzelcy pozbawieni dachu“ nie mogliby przepędzić kilku miesięcy w szałasach, lub pod gołem niebem, ani nie mogliby się odbudowywać na zgliszczach. Dlatego w zimie pożary są rzadsze.
Miasteczka nasze palą się co kilka lat peryodycznie. Po pożarze rozpoczyna się ruch, zwózka drzewa, napływ rzemieślników, a co za tem idzie większe obroty w szynkach i kramikach. Geszefta dobrze idą, zabijająca martwota chwilowo ustaje.
Powie kto, że jednak podczas pożaru