Strona:Klemens Junosza-Nasi żydzi.djvu/91

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


żydowskiej“ i bardziej jeszcze smutnych następstw, jakiemi ona już grozi, a w przyszłości coraz bardziej grozić będzie, pozwolę sobie na chwilkę jeszcze zatrzymać uwagę szanownego czytelnika... Widzieliśmy już w pobieżnym zarysie, jak wyglądają żydzi w gromadzie, jakie mają potrzeby swoje odrębne, w jakich zabobonach toną; zobaczmyż jeszcze przeciętnego żyda pojedynczo.
Dziecię rodziców bardzo młodych, częstokroć jeszcze nie rozwiniętych fizycznie, słabo odżywianych i przeważnie nieodznaczających się silnem zdrowiem, przychodzi na świat i rozpoczyna nędzne życie, w warunkach wołających o pomstę pod względem hygienicznym. Rodzice dają mu to, co mogą mu dać najdroższego, (według swego wyobrażenia naturalnie). Przed urodzeniem więc jeszcze dziecka, byli u „cadyka“ i otrzymali błogosławieństwo dla przyszłego potomka — co już znaczy bardzo dużo; gdy dzieciak wreszcie przyszedł już na świat, porozwieszali na ścianach domu, na oknach, na firankach otaczających łóżko, przeróżne karteczki z kabalistycznemi napisami — co znaczy jeszcze więcej. Te kartki („mezuze“, „szmire“, „sziramajlis“), które gorliwi żydzi na taki czas zawieszają nawet w piwni-