Strona:Klemens Junosza-Nasi żydzi.djvu/66

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nie był zupełnym obskurantem w tych przedmiotach. Pewna okoliczność jednała mu sympatyę. Beszt nie był ponurym świętoszkiem (Kopfhänger), jak w ogóle kabaliści; przeciwnie, dla wszystkich przystępny i wesoły, płatał nawet rozmaite figle. Utrzymywał on, że tylko w wesołem i pogodnem usposobieniu ducha, można zanosić modły do Boga, i że wtedy tylko modlitwa otworzyć może zdroje łask. Nienawidził smutnych i ponurych; pełen dobrego humoru przechadzał się po ulicach, paląc fajkę, rozmawiał ze wszystkimi, nawet z kobietami, co podówczas nie było godnem statecznego żyda. Nie przeszkadzało mu to w godzinach modlitwy, a nawet i w każdej porze dnia, spieszyć do swej komórki, aby tam śpiewem, krzykiem i najrozmaitszemi ruchami ciała odurzać się i wpadać w ekstazę.
Byłoby rzeczą nadzwyczajną, gdyby taki cudowny doktór, mający widocznie stosunki ze światem duchów — zwolenników nie znalazł. Czy chciał zakładać sektę nową? na to trudno odpowiedzieć, prawdopodobnie nie miał tego zamiaru, a może i nie zastanawiał się nad tem co czynił.
Przyłączali się do niego jednak ludzie, pokrewni mu duchem, w celu wspólnej mo-