Strona:Klemens Junosza-Nasi żydzi.djvu/136

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


aż do chwili dzisiejszej — musimy więc liczyć się z faktami spełnionemi, i nie mogąc się rozstać, musimy żyć jedni obok drugich i dokładać wszelkich starań, aby to życie dla jednej i dla drugiej strony uczynić możliwie znośnem...
Co prawda, rzuciwszy okiem dokoła, patrząc na to co się dzieje, czytając i słysząc, co się mówi i pisze — nie możemy powiedzieć, że jesteśmy na dobrej drodze.
Z jednej strony groźna zawziętość, z drugiej melancholiczne żale, z obydwóch wzajemne wyrzuty i wymówki — oto bieżąca literatura kwestyi... Żyd — demon, żyd męczennik... i znowuż błędne koło, z którego wyjścia niema.
Antysemici malują żydów najczarniejszemi farbami; filosemici przypisują im cnoty nadzwyczajne; z jednej i z drugiej strony słyszymy tylko wykrzykniki i deklamacye.
Dlaczego nie postawić kwestyi na gruncie praktycznym, nie traktować jej spokojnie? dlaczego nie powiedzieć tak: los nas złączył, rozstać się nie możemy, musimy żyć jedni obok drugich, znajdźmy więc „modus vivendi“ możliwie dla obydwóch stron dogodny.
Co się stało, to się już nie wróci; histo-