Strona:Klemens Junosza-Kłusownik.djvu/113

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   107   —

„Alboż potrzebujecie młócić? Czy wasz syn tego nie potrafi? Czy wam niewola męczyć wasze stare kości?“
„Ja do młócenia nie pójdę, ale do lasu.“
„Dobrze, idźcie wy do lasu. Słuchajcieno, podobno na Żabiem-jeziorku pokazały się wydry.“
„Kto wam to mówił?“
„Chłop jeden opowiadał, że ludzie widzieli, nawet on sam widział, a ja zaraz pomyślałem, że te wydry będą nasze.“
„Ale.“
„Kto je złapie jeżeli nie wy?“
„Trudna rzecz.“
„Dla was?“
„Dla każdego.“
„Pi, pi, wydra, rzadka rzecz, śliczna skórka, jabym wam dobrze zapłacił.“
„Nie sprzedaję ja skórki na baranie; jak będzie to pogadamy.“
„Ja wiem napewno, że będzie.“
„Bywajcie zdrowi, Abramie, już jadę.“
„No, co wam tak pilno? napijcie się jeszcze wódki, ja funduję.“
„Snać sumienie was ruszyło, żeście dali tak mało za zające.“
„Wcale nie, chciałbym, żebyście mieli lepszą chęć do wydry.“
„Samo prawie żydowski kołnierz.“