Strona:Klemens Junosza-Buda na karczunku.pdf/254

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Nareszcie brzęk dzwonka od sanek oprzytomnił ją — wybiegła przed dom.
Ciemność nie pozwalała dostrzedz kto nadjeżdża, ale po dźwiękach można było poznać, że pomoc blisko, że ktoś pędzi szalenie.
Dopiero co słychać było, jakby za mostem, już jest w opłotkach, już wpada na dziedziniec.
Przyjechał Adam z doktorem. Był przerażony, blady, wiadomość spadła na niego, jak piorun.
— Matko, gdzie ojciec? — zapytał.
— Cicho, cicho... Zdaje się, że usnął. Panie, czy pan doktór?
— Tak jest. Co się tu stało?
— Albo ja wiem?... Najzdrowszy był, na kolonie jeździł, wrócił, jak odmieniony... zasłabł.
Weszli do stancy i na palcach, żeby chorego nie budzić.
Lekarz szeptem dopytywał o szczegóły i ogrzewał się przy kominie. Była cisza, którą przerywał tylko trzask płonącego drzewa i miarowe gdakanie zegaru.