Strona:Klemens Junosza-Buda na karczunku.pdf/252

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Przemów, człowieku, jeżeli w Boga wierzysz! Co ci się stało?
Zdjął z głowy czapkę i nerwowym ruchem w kąt, na podłogę ją rzucił, to samo zrobił z laską; po chwili wstał, zrzucił z siebie futro, rozpiął surdut i silnem szarpnięciem zerwał z szyi chustkę, rozdarł kołnierz od koszuli i znowu usiadł.
W kobiecie duch zamierał, nogi drżały pod nią, nie wiedziała co robić, chciała krzyczeć, ratunku wołać.
Powstrzymał ją ruchem ręki.
— Siedź! — szepnął — siedź!... Ha! ha! Wiesz, Tekluniu, stary Talarowski w pysk dostał... Ha! ha! ha!
— Boże! Czyżby Wincenty oszalał? Rękę podniósł na ciebie?
— Nietylko ręką biją. Wolałbym, żeby mnie drągiem zdzielił po głowie, niżeli tak... cichem, spokojnem słowem... Jednem słowem tylko... Ach, kobieto! I na to ja tak pracowałem przez całe życie, na to zdrowie marnowałem, nieraz przez trzy dni o suchym kawałku chleba, po szarugach, po mrozach, po słotach, na to żądny byłem grosza, na ta zbierałem? Ach, kobieto!... Wody mi daj,