Strona:Klemens Junosza-Buda na karczunku.pdf/249

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Chyba Wincenty...
— Co?
— Eh, nic.
— Co chciałaś powiedzieć?
— Chyba, że Wincenty nie odmówi?...
— Niby, jak to nie odmówi? Czego ma odmówić?
— Wnuczki dla Adasia.
Talarowski stanął w dumnej, wyzywającej postawie.
— Mnie?
— Ja nie myślę. Tak oto przyszło mi do głowy, niewiedzieć co...
— Słuchaj-no, Tekluniu, wiesz ty, kto ja jestem?
— Mąż mój.
— Nie, Tekluniu, ja jestem Talarowski Gerwazy, folwark mam, pieniądze mam i niemałe, znaczenie mam, znają mnie wszyscy. Może nie prawda?
— Prawda, prawda...
— A wiesz, co ja robię? Ubieram się w najlepsze odzienie, biorę zegarek ze złotym łańcuchem, futro drogie i jadę. A czem jadę? Trzem a kasztanami, takiemi, że ich za tysiąc rubli nie oddam, w chomontach kra-