Strona:Klemens Junosza-Buda na karczunku.pdf/246

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


śniegiem, na czarną linię lasu, która je obejmowała, jak rama.
Nareszcie żona, z najwyższym niepokojem oczekująca decyzyi, pociągnęła go za rękaw.
— No i jakże.
— Myślę — odrzekł — poczekaj. Tak zaraz nie można. Toć i konia kupując, trzeba zastanowienia, a cóż dopiero synowe. Idź do swojej roboty, a ja ci za godzinkę coś powiem.
Zamiast do roboty, kobieta poszła do stancyi, w której był zegar i usiadłszy wprost ściany, na której wisiał, wpatrywała się w jego wskazówki. Duże, ciężkie wahadło poruszało się miarowo, powoli, wskazówki niedostrzegalnym ruchem posuwały się po tarczy. Wiekiem wydawała się ta godzina biednej matce, która drżącemi wargami szepcząc pacierze, prosiła Boga o szczęście swego dziecka...
W reszcie zegar wydzwonił dwunastą, Talarowski otworzył drzwi i rzekł:
— Chodź, matko, siadaj.
— I cóż?
— Czekaj. Takić on mój, jak i twój, obo-