Strona:Klejnoty poezji staropolskiej (red. Baumfeld).djvu/173

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


FRANCISZEK ZABŁOCKI.
DO ZGROMADZONYCH STANÓW.

Niech się w piersi uderza grzesznik jaki laki!
Straszne się wśród Warszawy pokazują znaki.
Widziano na ulicy pannę z gęsim nosem,
Tej nocy o dwunastej przeraźliwym głosem
Zapiał kogut miedziany w świętokrzyskiej wieży;
Na redutach szalonej nie widać młodzieży,
Stonce często tej zimy nie świeci z południa,
Na Solcu wody nowa nie choć dawać studnia;
Żyto snopami kwitnie w ujazdowskiem gumnie;
Tego sejmu kasztelan przemówił rozumnie.

Nie chcę ja skrytych badać sądów Pana Boga,
Lecz to wielkich jest nieszczęść wieszczba i przestroga.
Szkoda nam księdza Marka prorockiego ducha,
Nikt mego, choć prawdziwe, zdania nie usłucha;
Choć świętych przyszłowidzów duch mnie nie przenika.
Powiem jednak, co prosta naucza logika.
Nie wiem, czyli Saturna z słońcem bliska meta,
Czy z rozżarzonym przyjdzie ogonem kometa,
Nie wiem, z śmiesznym swym nosem co znaczy niewiasta,
Ani, czemu miedź śpiewa dla polskiego miasta;
Lecz jeśli nie mniej od tych niepodobne rzeczy
Każdy mi utrzymuje, a nikt im nie przeczy,
Jeśli rozum zawitał między kasztelany,
Korzystajcie z tych cudów, zgromadzone stany!
Bo dotąd, jak przy dziele wieży Babilonu,
Chcieliście wolność jednać z wielmożnością tronu;
Skoro zaś Stwórca promyk nadziei rozniecił,
Jednych odwagą natchnął, a drugich oświecił,
Skoro na szczęście Polski pomiędzy sąsiady
Rzucił z nieba kość twardą upragnionej zwady;