Strona:Klaudja Łukaszewicz - Pokrzywki.djvu/6

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Nie mówcie ani słówka, bo wystraszycie... Patrzcie lepiej — Ptaszek!
W tej chwili, z pośród gałęzi akacji, wyfrunął prześliczny ptaszek.
Maleństwo okryte było płaszczykiem z purpurowych piórek i miało króciutki ogonek.
Spojrzał ptaszek na nas, pokiwał główką i zawołał: cir, cir, cer, cek! — wyrażając tem jakby powitanie naszej czwórki.
— Przecudny! Prześliczny! Droga okruszynka! — zawołałyśmy wszystkie.
— Skąd się wzięła ptaszyna? Zupełnie jak w bajce!
W jaki sposób znalazła się w naszym ogrodzie?
— Wiciu, co to za ptaszek? — spytałyśmy się brata.
Wicio był już w drugiej klasie, zwracałyśmy się zwykle do niego z zapytaniami przechodzącemi granicę naszej wiedzy.
— Nie wiem... Trzeba będzie zapytać tatusia, albo wujka, — odpowiedział zamyślony.