Strona:Klaudja Łukaszewicz - Pokrzywki.djvu/5

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


POKRZYWKI

Patrzcie! Patrzcie! Cicho... cichutko... Ach, co za cudo! — zawołał Wicio w zachwycie.
Zatrzymałyśmy się jak w ziemię nagle wryte, zataiłyśmy w sobie oddech i bojąc się wymówić chociażby słówko, z zapytaniem a nawet i trwogą w oczach spoglądałyśmy to na brata, to na okalające nas drzewa. Nie widziałyśmy niczego, prócz opustoszałych od liści drzew, błękitnego nieba i dobywającej się już gdzieniegdzie z poza śniegu trawki.
— Gdzie ty, Wiciu, spostrzegasz to cudo? — zapytałam.
— O kim ty mówisz, Witeczku? — cichutko wyszeptała Irenka.