Strona:Klaudja Łukaszewicz - Pokrzywki.djvu/18

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wicio skrył się gdzieś na pół godziny co najmniej, a gdy wrócił, miał czerwone opuchnięte oczy, widać że gorzko płakał.
Wszyscy nas żałowali, każdy nas chciał pocieszyć, ale któż na to znajdzie pociechę? Chyba, żeby kto odebrał pisklątka od niegodziwych rabusiów i nam je przyniósł.
Nie mogliśmy patrzeć na starą brzozę z wyrżniętym grzybem, nie mogliśmy tamtędy przechodzić.
Ból naszych serduszek był tak ciężki, że aż obawiano się o nasze zdrowie. W końcu zrozumieliśmy, że żale i płacze nie pomogą, że trzeba działać.
Daliśmy więc sobie słowo, że będziemy wstawali wcześniej, aby módz opiekować się i bronić niewinne ptaszęta — czego dotrzymaliśmy święcie.
Ale dlaczego są na świecie takie złe i okrutne dzieci, które krzywdzą bezbronne ptaszęta?.

KONIEC.