Strona:Klaudja Łukaszewicz - Ból ptaszęcia.djvu/12

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Któż to taki? Nie wiecie?
— Zrobiło to dwóch złych chłopców.
— Czy gniazdko było puste?
— O, nie, były tam już w niem pisklęta, jej dzieciny najmilsze.
— O, to rzeczywiście straszne nieszczęście! — krzyknęły ptaki.
Słowiczka zapłakała żałośnie i szybko poleciała do swych dzieci, czekały tam na nią małe pisklątka, otwierając żółte dziobki i prosząc pożywienia. Z miłością przytuliła je matka do swej puchowej piersi, nakarmiła, ogrzała i wspomniała o biednej sikorce, której odebrano największe szczęście.
A ptaki w dalszym ciągu otaczały biedną, skrzywdzoną przez ludzi matkę.
— Powinnaś była pobiedz za niegodziwymi chłopcami i wydziobać im oczy! — radził dzięcioł.