Strona:Kazimierz Przerwa-Tetmajer - Poezye T. 4.djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Potem, kiedy wyleciał poza skał krawędzie,
Tam, skąd widać toń jezior zrzuconą straszliwie
I zawisł nieruchomy na skrzydeł cięciwie:
Ujrzał płynące wolno parami łabędzie.

I powrócił do siebie, na śnieżną iglicę,
Dokąd orzeł doleci, lecz się nie zatrzyma:
Milczenie ogarnęło znów ptaka-olbrzyma.
I pustynia na oczu padła błyskawice.

Nic nigdzie... Jedna pustka... Przepastne otchłanie,
Wądoły bez den śnieżne; czarne, prostopadłe
Skalne ściany; kaskady wzdęte i w lód zsiadłe —
Nigdzie nic — — wiatr dym śnieżny wymiata nad granie.

Pustynia... Kędy spojrzeć: góry, góry, góry...
Obłoki wędrujące, lub na śnieżnej skale
Zastygłe... Słońce w lodów odbite krysztale,
Zda się: blask zdruzgotanych błyskawic ponury.

Nigdzie nic... Ponad głową niebo, świat u stoku,
Ani życia, ni śmierci — — śnieg tylko się dymi;
Na alpejskiej iglicy siedzi ptak olbrzymi
I patrzy — — wiosna zeszła — — bezmiar objął w oku...