Strona:Kazimierz Orłoś - Cudowna melina.djvu/105

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Turoń poczerwieniał. Odwrócił się gwałtownie i krzyknął:
— Przemyj sobie oczy wódką, ty pijaku! Może wtedy zobaczysz, jak jest źle, jak jest źle!...
Echo pod stropem powtórzyło: Źle, źle, źle!...
Franek i Muszyna patrzyli na niego zdziwieni. Wbiegła Małgosia z bukietem polnych kwiatów.
— Tatku, tatku! — wołała — zobacz, jakie ładne zebrałam. Zaniesiemy mamie.
Turoń uśmiechnął się do dziecka, złagodniał. Kiedy szli z powrotem przez łąkę, powiedział do Muszyny:
— Przepraszam, stary. Niepotrzebnie się uniosłem.
Franek odprowadził ich, kuśtykając, aż za most. Muszyna obiecał, że zajmie się jego sprawą. Pójdą razem do prokuratora Wojenki (Franek składał w prokuraturze skargę).
Wchodzili wolno przykościelną ulicą pod górę. Akurat była suma. Ludzie stali na dziedzińcu przed kościołem. W gałęziach lip nad placem szeleścił wiatr.
— Dlaczego my nigdy nie chodzimy do kościoła? — spytała Małgosia. — Wszystkie dzieci z przedszkola chodzą, a ja nie.
— Jak będziesz duża, sama zrozumiesz — powiedział Turoń.
Nie rozmawiali więcej. Mała wąchała bukiet — co chwila chowała twarz w kwiatach. Kiedy skręcali koło parku, ludzie przed kościołem zaczęli śpiewać:
— „Ty nam błogosław, ratuj w potrzebie i broń od zguby...”
Słyszeli długo śpiew. Ciepły wiatr wiał znad rzeki.

Do Szafranka — dyrektora Miejskiego Przedsiębiorstwa Budowlanego — przyszedł w poniedziałek. Dzwonił kilka razy do biura, ale inżyniera nie było.