Strona:Kazimierz Orłoś - Cudowna melina.djvu/104

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


potem żwirowaną drogą, do podnóża świerkowych wzgórz. Naokoło placu postawiono ogrodzenie z betonowych segmentów. Niektóre z płyt leżały przewrócone. Weszli przez jedną z luk. Trawa tu rosła wysoka po pas, grały świerszcze. Poszli w stronę hali wybudowanej pośrodku placu.
— Oto skutki ignoranctwa! — mówił Turoń. — Ci, co wpadli na pomysł budowania wytwórni tutaj, powinni siedzieć w więzieniu.
Franek zaśmiał się. — Siedzą, siedzą. Na wygodnych stołkach!
— Teren odcięty rzeką, bez dobrego dojazdu, bez możliwości doprowadzenia linii kolejowej — mówił Turoń. — Zresztą, czy byłoby opłacalne? Kilka milionów poszło w błoto! Niszczejąca hala, walący się płot...
Małgosia zaczęła zbierać kwiaty.
— Tatku — wołała kucając w wysokiej trawie — widzisz mnie?
Z dachu budynku zwisały płaty poobrywanej blachy.
— Kradną — powiedział Turoń. — Nie ma etatu stróża. Zresztą po co?
Weszli do pustej hali. Ich głosy brzmiały tu głośniej. Ściany pokrywały nieprzyzwoite rysunki i napisy. Pachniało ekskrementami. Jaskółki z piskiem krążyły pod stropem — wpadały i wylatywały przez powybijane szyby.
— Ekspedientkę w sklepie to posadzą za tysiąc złotych — powiedział Słomkiewicz — a tu poszło tyle i co?
Henryk zdenerwował się nagle: — W willach siedzą, panie Franku! Rozbijają się samochodami, piją wódę i bawią się! Ot co! Nie będzie, nie będzie w tym kraju chleba.
— Czego się martwisz, Heniu? — spytał Muszyna. — Twoje?