Przejdź do zawartości

Strona:Karolina Szaniawska - Samarytanin.djvu/3

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

ciało podziurawi... Nasz mały kapral takie rany goić umiał, o tak umiał... Komu przypiął krzyż z własnych piersi, lub powiedział jedno słowo, ten nie czuł bólu, z przestrzelonemi piersiami o własnych siłach się dźwigał — wstępowało weń nowe życie. Lecz śmierci macochy nawet cesarz pokonać nie mógł. Wyzierała ku nam z opuszczonych wiosek, połyskiwała kosą w migotliwych śniegach, od widoku których oczy osłabione głodem napełniały się łzami, ślepło prawie i myliło drogę. Śmierci — macosze towarzyszył mróz straszny, tak straszny, że człek, przed chwilą jeszcze zdrów, niby krzemień drętwiał odrazu, śpiewało mu coś w głowie, dzwoniło w wielkie dzwony i usypiał, aby już więcej się nie obudzić. Lepiej umierać na łóżku, choć i to śmierć marna dla żołnierza, nudna — ale w śniegach, wilkom na pożarcie — od tego każdy ratować się pragnął. Nam było jeszcze nie najgorzej, przywykłym od dziecka, że zimą wiatr w uszy szczypie, w ręce i nogi pali jak ogniem, ale tamci! Żaden takiego mrozu nie doświadczał nigdy, odzienie też wiatrem podszyte... gdyby choć częściej się posilać, jeszczeby jakoś — zkąd tu jednak posiłku! Naród gdzieś się ukrył, chaty zabite kołkami, tylko ogromne przestrzenie śniegów niby wielkie mogiły przypominały ciągle że śmierć idzie naszym śladem. Trzymaliśmy się w zwartych szeregach idąc prędko, dla ciepła; słabsi i gorzej ubrani w środku, po bokach taki, który zimno znosić umiał. Ale takich było niewielu, ubranych zaś dostatnio na palcachby policzył.“
Starzec umilkł na długą chwilę. Może myśli zbierał, czy też nie chciał ich dopowiedzieć... może wątek zgubił. Kto zgadnie ile pod białym włosem okrytą czaszką majaczyło wspomnień, mar złocistych i krwawych upiorów? Pierwsze zapalały mu w oczach młodzieńcze błyski — ostatnich nie lubił budzić. To też słuchacze, przywykli do obrazów, kreślonych jasnemi barwami, na tle których wysoko, niby w apoteozie, unosiła się zawsze tryumfująca energiczna postać cesarza Francyi, patrzyli prawie z osłupieniem. Kobiety zabierały się do płaczu jak gdyby na komendę, dziewczynka siedząca u nóg starego miała wzrok przerażony.
— Dziaduniu — szepnęła, gdy umilkł — mów dalej, dziadziu; ja się boję.
— Natka! — fuknął gospodarz, siedzący pod ścianą; gospodyni palcem jej pogroziła. Stary się opamiętał, i zaczął znowu:
— W naszym pułku był kapral, człowiek młody, przystojny, wzrostu wysokiego. Twarz miał gładką i białą, niby dziewczyna,