Otuliła się tedy wioska śniegiem niby pierzyną i uciszyła odrazu. Tylko gwiazdy migocą i łagodnem światłem połyskuje tarcza księżyca. Ślicznie tu, choć ziemia wydaje się grobem, bo życia w niej nie znać. Księżycowe blaski powiększają jeszcze białość śniegu, pod którym zniknęła falistość zagonów, tylko wzgórza gdzie niegdzie sterczą, niby mogiłki. Z dworku otoczonego wysokim parkanem wybiegła dziewczyna i brnąc po śniegu szła w stronę sąsiednich zabudowań. Jednocześnie z przeciwnej strony ukazała się druga, krępa jakaś i przysadzista, czy też od mrozu ubrana zbyt dostatnio. Zeszły się niebawem.
— A gdzie to Kasiu? ja do ciebie; kółko z sobą wzięłam. Mama ciągle prząść każe, a w domu nudno, aż strach.
— I ja z wrzecionem — odparła pierwsza.
Strona:Karolina Szaniawska - Samarytanin.djvu/1
Wygląd
Ta strona została uwierzytelniona.
SAMARYTANIN.
Fragment z powieści
przez
Karolinę Szaniawską.