— Dziecko należy do nas, odezwał się Szymon. Myśmy je wychowali — umowa też była że zostanie nasze.
— Nie zaprzeczam. Nawet z duszy jestem rada, wierz mi pan. Tylko... tu zmięszała się i zająknęła, słów dobrać nie mogąc — dla zdrowia małej — trochę dla mnie — trochę też i dla mnie... Taki drobiazg!... a ja z wami się kramarzę zamiast powiedzieć otwarcie.
— Dlaczegóż pani nie mówi?
— Sama nie wiem — bo — bo... Inne wasze pojęcia, a inne moje... ale idzie o rzecz tak prostą, tak naturalną. Chciałabym — tę... dziewczynkę od czasu do czasu wziąść na spacer.
— Zabrać Joankę! krzyknęli wystraszeni Szymonowie. Co pani gada!
— Za dwie godziny wróci tutaj! przysięgam że wróci. Oto kapelusz i płaszczyk — ubiorę ją.
— Do czego to pani potrzebne?
— Potrzebne istotnie — wam zaś nie zrobi krzywdy... Powóz mój czeka tu przed domem — mała przejedzie się; lubisz jeździć Joasiu — lubisz?
— Powóz... wyszeptała maglarka, której zdumienie odebrało jasny sąd o rzeczach. Nie wiedziała już teraz, czy przystać czy odmówić.
Ale Szymon wiedział.
Potulny, cichy zwykle, dość małomówny, zerwał się z krzesła i, głosem grzmiącym, krzyknął na piękną damę.
— Precz! oto drzwi — proszę wyjść natychmiast.
Odtrącił żonę wylękłą strasznie, pakiet ze stołu wziął, wyrzucił przez okno i dodał szeptem, w którym drgała moc jakaś dziwna:
— Dalej do powozu! na ulicę!
Kobieta blada jak marmur, zataczając się, wyszła śpiesznie.
....drzwi skrzypnęły... Naprzód zrobiło się cicho, a potem z sieni jakiś głos doleciał — szept, westchnienie, skarga... Lecz może to tylko się zdawało, bo gdy Szymon poszedł zobaczyć, nie było tam żywego ducha...
