Strona:Karol Wachtl - Spóźnione zaloty.djvu/19

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
— 15 —
KUNEGUNDA.

J. w. To niepodobna! Pan nie możesz mieć czternastu punktów! Najwyżej dziesięć, jak Bozię kocham dziesięć! Nie więcej! Mizia świadkiem! Na wpół z płaczem, szybko recytuje, pokazując na kartach. Ja zadałam, paneś nie zabił, potem dałam, a pan nie wziął, potem zagrałam, a potem zabiłam, potem to, później tamto i już brałam wszystkie lewy, aż do końca! Rozumiesz Pan?!

JACENTY.

Flegmatycznie. Ależ rozumiem, rozumiem i dla świętej zgody chętnie ustępuję asindźce: zgadzam się na dziesięć punktów, na stronie. Bodajże ci psy marsza grały, prababko przeklęta!

KUNEGUNDA.

Tłucze w stół pięściami. Co mi Pan masz ustępować? Ja nie chcę żadnych ustępstw! Ja tylko słuszności pragnę! Pan nie masz dla mnie za grosz szacunku,... jakiś pan winien mieć dla biednej, słabej kobiety, nie mogącej się bronić... Płacze ze złości.

JACENTY.

Unosząc się. Ależ mam! — Aj, do wszystkich dyabłów, mam — powiadam! A — cóż to znów za dzień dziś waryacki?!