Strona:Karol May - Zmierzch cesarza.djvu/56

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    przypuszczasz więc, że i nadal tak pójdzie. Grubo się mylisz! Miramon to dzielny chłop. Czyż nie był prezydentem? Wie z pewnością, co robi. Nasz pozorny atak ma z pewnością swój sens i swoje podstawy. Może chodzi o to, aby Escobedo skierował na nas uwagę? Może naszym uda się wtedy wypad z miasta, który zniszczy oblegających.
    Przed samym końcem rozmowy Kurt usłyszał kroki, na które jednak obydwaj rozmówcy nie zwrócili uwagi. Ktoś zapytał głębokim, rozkazującym głosem:
    — Dlaczego rozmawiacie tak głośno?
    Ah, koronel! — zawołali obydwaj zbóje, zrywając się na równe nogi.
    Kurt był pewien, że właściwy oddział obozuje w lesie, a tutaj wysłano tylko podwójne placówki. Okazało się po chwilli, że przypuszczenia jego było słuszne.
    — Milczcie! — rozkazał koronel. — Zabroniłem przecież rozmawiać na posterunkach!
    Zbóje czuli się winni i milczeli. Koronel ciągnął dalej:
    — Zaszło co?
    — Nie.
    — Zachowujcie się więc ciszej, niż dotychczas! Mieliście natężać słuch, a tymczasem kto inny gotów was podsłuchać. Idę na zwiady. Gdyby co zaszło, zameldujcie majorowi.
    Kurt nie widział koronela, lecz po krokach poznał, że zbój zbliża się do jego drzewa. Zmienił więc pozycję i, skuliwszy się, mocno przywarł do pnia.
    — Pułkownik szedł w ciemności z wyciągniętemi

    54