Strona:Karol May - Przez dziki Kurdystan Cz.1.djvu/213

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Wystąpił problem z korektą tej strony.


— Ty właśnie.
Udałem bardzo zdziwionego.
— Ja! Allah kerim, Bóg łaskaw! Będzie także miłościw i tobie!
— Mówiłeś mi o mutessaryfie i powiedziałeś, że jest twoim przyjacielem.
— Powiedziałem prawdę.
— To nie prawda.
— Co! Zarzucasz mi kłamstwo! Nie mogę tu więc pozostać dłużej. Dam ci sposobność do uzasadnienia tej obelgi.
Powstałem, udając, że chcę opuścić selamlik.
— Stój! — zawołał komendant. — Zostaniesz!
Odwróciłem się do niego.
— Ty mi rozkazujesz?
— Tak.
— A czy masz prawo do rozkazu?
— Stoisz tu pod moją władzą i skoro ci rozkazuję zo stać, masz słuchać.
— A jeżeli nie zostanę?
— To cię zmuszę! Jesteś moim więźniem.
Obaj porucznicy powstali, a wraz z nimi i Selim Aga, [1] ale bardzo powoli i, jak zauważyłem, niechętnie.
— Twoim jeńcem? Co ty sobie myślisz? Sallam!
Zwróciłem się znowu ku drzwiom.
— Trzymajcie go! — zawołał.
Obaj porucznicy pochwycili mnie, jeden z jednej, drugi z drugiej strony. Zatrzymałem się, i roześmiałem w twarz jednemu i drugiemu; nagle polecieli jeden za drugim przez całą komnatę, aż runęli przed mutesselimem na ziemię.
— Masz ich, mutesselimie. Podnieś ich! Powiadam ci, że odejdę, skoro mi się spodoba i nie zatrzyma mnie żaden z twoich Arnautów! Zostanę jednak, bo mam jeszcze z tobą pomówić. Czynię to zaś tylko dlatego, żeby ci pokazać, iż żaden Frank nie boi się Turka. Pytaj więc dalej, o co masz pytać.

Poczciwcowi temu nie zdarzył się jeszcze podobny opór; przyzwyczajony do tego, że każdy musiał przed nim się zginać głęboko, nie wiedział teraz dobrze, co począć.

  1. Przypis własny Wikiźródeł Brakujący fragment tekstu (błąd w druku) uzupełniony na podstawie wydania z 1909 roku tego samego wydawnictwa w tym samym tłumaczeniu – str. 225.
195