Strona:Karol May - Osman Pasza.djvu/99

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

— Jeżeli łaskawie pozwolisz — tak! — odrzekłem.
— A więc proszę cię, uszczypnij się w nos, ilekroć wpadnie ci na myśl wyrzucać mi moją nieostrożność! Czy to możliwe, że pomieszałeś mnie z tym małym, który tyle tylko miał wspólnego ze mną, że nosił moje ubranie! Zblamowałeś się, o, bardzo się zblamowałeś! Gdyby poważanie i miłość dla ciebie nie wypełniały mego serca, cały ogrom mojej czci byłby się obrócił wniwecz. Jak będę mógł przekonać moją Hanneh, najrozkoszniejszą ze wszystkich ziemskich rozkoszy, i kara ben Halefa, syna mego i następcę, który nosi moje i twoje imię, że doprawdy ten błąd popełniłeś? Pokiwają głowami tak, że dostaną zawrotu i omdleją! Pomyśl także o Dżanneh, która jest jedyną perłą twego haremu. Co powie, kiedy się dowie, co ci się tej nocy przytrafiło. I to jeszcze nie wszystko — przewiduję coś bardziej złego.
— Cóż takiego?
— Wiem, że piszesz książki, w których opowiadasz wszystko o mnie i o sobie. No i wyobraź sobie te rzesze ludzi, które, czytając książki, przenikną tajemnicę, że w twoim umyśle jest parę miejsc, wymagających spojenia i udoskonalenia. Czy to dla ciebie nie straszne? Ale chcę ci okazać szczerą przyjaźń i pozwa-

97