Strona:Karol May - Osman Pasza.djvu/97

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

Przytulił do siebie swą ukochaną szpicrutę, potem dopiero pociął turban przemytnika na pasy i wpakował mu jeden do ust. Także i dwaj inni zostali związani i usta mieli zakneblowane, poczem mogliśmy pomyśleć, co dzieje się nazewnątrz.
To, co ujrzeliśmy było wysoce interesujące. Posunąwszy się chyłkiem i bardzo ostrożnie do wylotu korytarza, zauważyliśmy w oddaleniu trzydziestu kroków, wzdłuż ruin, wiodących wdół, piętnastu ludzi, ukrytych za złomami muru. Chowali się przed czujnym wzrokiem żołnierzy, którzy zajmowali jeszcze te same miejsca, jakie im wyznaczyłem i kol agasi. Ten ostatni siedział w samym środku półkola i obserwował wzniesienie, na którem znajdowaliśmy się. Przed nim leżały dwa rzędy ludzi, strzeżonych przez kilku żołnierzy. Z ich pozycyj można było wnosić, że byli związani; naliczyłem piętnaście osób; musiałem przypuścić, że byli to Ghasai-Beduini, gdyż żadnego z nich nie widziałem dokoła. Zbyt wielkie było oddalenie, abym mógł rozpoznać ich odzienie i rysy twarzy, ale byli to oni z całą pewnością. W jakiż sposób zdołał Ahmud Mahuli ich obezwładnić? Halef, wodząc za mną oczyma, zrobił to samo spostrzeżenie i rzekł:
— Ależ tam mnóstwo asakerów! Skąd się tu biorą? Nic mi wogóle nie mówiłeś, co się z tobą stało

95