Strona:Karol May - Osman Pasza.djvu/96

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

dy nie mieliśmy swobody ruchów; musieliśmy temu zaradzić. Szepnąłem Hadżiemu:
— Chwyć tego na lewo obiema rękami za gardło i nie daj mu krzyczeć; wszystko musi się odbyć bez szmeru. Ja biorę dwóch innych.
— Czy zabijamy ich? — zagadnął.
— Nie, jeśli można będzie tego uniknąć. Kneblów i powrozów od paczek mamy poddostatkiem.
Popełzliśmy z za worków naprzód, i gdy Halef dopadł odnośnego przemytnika, zwaliłem jednocześnie pięścią siedzącego obok i po chwili chwyciłem trzeciego za gardło, wywijał kurczowo rękami i nogami, Uspokoiłem go jednak ciosem w skroń. Halef mocno trzymał za gardło swego, który nie stracił przytomności. Związałem go sznurami, które mieliśmy poddostatkiem dookoła i, gdy go Halef puścił, przyłożyłem mu nóż do piersi, grożąc:
— Ani słowa, inaczej przebijam cię! Halefie, zrób z jego turbanu trzy kneble — zatkamy im usta, żeby nie mogli krzyczeć!
— Z rozkoszą, effendi! — odrzekł Hadżi. — Jeżeli łotr dobrowolnie nie otworzy ust, to...
Urwał. Jego wzrok padł na przeciwną ścianę, oczy jego rozgorzały i zawołał:
Hamdulillah! Widzę moją kurbadź i nóż! Mam swoją szpicrutę — teraz zdobycie wszystkich ruin Babilonu i całej ziemi jest dla nas bagatelką!

94