Strona:Karol May - Osman Pasza.djvu/92

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

łeś się wybitnie walecznym wojownikiem, cieszymy się więc, że dzięki twej waleczności będzie nam ułatwione zwycięstwo,
— Tak — dodał Halef bardzo poważnie — taki bohater, jak ty, jest potrzebny, bo niezliczone kule będą latały tam i zpowrotem!
— Będą latały?... Tam i zpowrotem?... — pytał tchórz bojaźliwie.
— Tak.
— To... to... to... będzie niezwykle piękna walka; żałuję niezmiernie, że nie będę mógł wziąć w niej udziału.
— Czemu nie? —
— Toć widzicie, że jestem nieuzbrojony, wobec czego zmuszony jestem tu pozostać do chwili, kiedy mój karabin i pistolety, zostaną mi zwrócone.
— O, co do tego, to broń się znajdzie, a gdyby nie, to mój effendi pożyczy ci swoich gwintowych pistoletów.
— Nic z tego, bo nie wiem, jak się z nich strzela.
— Pokażę ci!
— Nie! Ślubowałem posługiwać się tylko własną bronią. Widzicie, że nie będę mógł wam pomóc, jeżeli nie odzyskam jej zpowrotem.
— Mocno żałujemy, szkoda, doprawdy, że złożyłeś tak piękne, tak wzniosłe ślubowanie. Co powiesz o tem, effendi?
— Że kiedy następnym razem pojadę do

90