Strona:Karol May - Osman Pasza.djvu/79

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

w jednej z sąsiednich izb. Nie wiem, kto to był.
— To Piszkhidmet baszi.
— Ten? Więc napad na jego karawanę udał się?
— Tak. Wszyscy jego towarzysze zostali zarżnięci

— Allah! Ale sam sobie winien — nie zaufał naszemu ostrzeżeniu! Ten człowiek jest wielkim tchórzem: kwilił jak dziecko, w którego ustach tkwi disz agrissi[1]. Gdy go zostawiono na miejscu, zajrzano do mnie, aby sprawdzić, czy jestem wciąż mocno związany, poczem przeszedł bardzo długi czas, aż sefir i mały powrócili w celu zamiany ubrań. Świadomość znajdowania się w swojem własnem ubraniu, ucieszyła mnie i uspokoiła tak, że uciąłem drzemkę i spałem tak długo, póki ci dwaj nie wtargnęli do mnie znowuż. Byłem bardzo rozdrażniony tem, że wyrwali mnie ze snu i uważałem za stosowne nie ukrywać przed nimi swego gniewu. Sefir utracił takt i skończyło się na tem, że rozstaliśmy się bez wszelkiego dla siebie respektu, przyczem musiałem wspomnieć moją kurbadź. Po pewnym czasie padł strzał. Kto strzela, ten jest uzbrojony, a więc wróg. Uzbrojonym wrogiem tutaj wewnątrz Birs Nimrudu mogłeś być tylko ty, zawołałem cię więc po imieniu, abyś wiedział, gdzie mnie szukać

  1. Ból zębów.
77